Moja droga od stron WordPress i SEO do analizy danych i narzędzi online

WordPress SEO analiza danych – notes, laptop i kawa na biurku

Moja droga od WordPress i SEO do analizy danych i narzędzi online zaczęła się w 2010 roku. To wtedy, trochę z ciekawości, trochę z potrzeby, postawiłem pierwsze strony na WordPressie i sprawdziłem, jak działa SEO. W tamtych czasach wystarczyło napisać tekst z sensem i dodać kilka linków, by szybko zobaczyć efekty w Google. Dziś, z perspektywy czasu, wydaje się to wręcz niewiarygodnie proste.

Przez kolejne lata zmieniło się niemal wszystko — narzędzia, algorytmy, a przede wszystkim podejście do tego, co oznacza dobra strona internetowa. WordPress nadal jest w centrum mojej pracy, ale już nie jako gotowy CMS do wypełnienia treścią, tylko baza do budowy własnych rozwiązań. To z niego tworzę interaktywne kalkulatory, gry online, integracje z zewnętrznymi API czy narzędzia biznesowe, które odpowiadają na realne potrzeby użytkowników.

SEO też przeszło ogromną metamorfozę. Dziś nie wystarczy poprawny artykuł — liczy się autorytet autora, spójność z intencją wyszukiwania i wiarygodność danych. W praktyce oznacza to tabele, porównania, analizy i dbanie o zasady E-E-A-T oraz YMYL. To zupełnie inny krajobraz niż dekadę temu, a dla mnie kolejny etap drogi, w którym łączę doświadczenie z WordPressem, SEO i analizą danych.

2010 – 2014: Pierwsze strony WordPress i SEO

Pierwsze kroki w świecie WordPressa i SEO stawiałem w 2010 roku. Zaczynałem od prostych stron internetowych — blogów, niewielkich serwisów tematycznych i wizytówek dla znajomych firm. WordPress był wtedy przede wszystkim narzędziem do szybkiego postawienia strony, a ja uczyłem się nie tylko jego obsługi, ale też podstaw programowania i edycji kodu, żeby dopasować szablony do własnych potrzeb.

W tamtym okresie SEO wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wystarczyło napisać poprawny wpis, zadbać o podstawowe nagłówki i dodać kilka linków (albo i nie :D), by zobaczyć efekty w najpopularniejszej wyszukiwarce – Google. Kluczowa była ilość treści i linków, a niekoniecznie ich jakość czy dopasowanie do intencji użytkownika. Dzięki temu można było szybko testować różne podejścia i obserwować, jak algorytmy reagują na moje eksperymenty.

Zdarzyło mi się postawić stronę, rozwinąć ją do poziomu 30 tysięcy użytkowników miesięcznie, a następnie całkowicie zamknąć projekt i usunąć go z sieci. Zrobiłem to świadomie, jako eksperyment SEO – chciałem sprawdzić, co stanie się z ruchem po dłuższej przerwie. Po roku powróciłem do tego samego adresu i obserwowałem, jak stopniowo odbudowuje się widoczność w Google. To doświadczenie nauczyło mnie, że algorytmy pamiętają więcej, niż na pierwszy rzut oka widać, a historia domeny i zaufanie wyszukiwarki mają ogromne znaczenie.

Ten etap w mojej karierze był dla mnie fundamentem — nauczył mnie myśleć o stronach internetowych nie tylko jako o projekcie graficznym, ale jako o narzędziu, które może zdobywać ruch, generować wyniki i realnie wpływać na odbiorców. Z czasem zacząłem dostrzegać, że sama treść i proste SEO to za mało, a programowanie i analiza danych mogą otworzyć nowe możliwości.

2015 – 2019: Od treści do danych

Po kilku latach pracy nad stronami zrozumiałem, że samo SEO i poprawnie napisane treści przestają wystarczać. Google coraz mocniej zmieniało algorytmy – zaczęło liczyć się nie tylko to, co publikuję, ale też jaką wartość wnosi tekst. W tym okresie zacząłem intensywniej interesować się analizą danych, bo to ona dawała odpowiedzi na pytania, których nie rozwiązywał zwykły artykuł blogowy.

Zamiast ograniczać się do słów kluczowych i linków, coraz częściej sięgałem po statystyki ruchu, zachowania użytkowników i dane liczbowe. To wtedy pojawiły się moje pierwsze kalkulatory online, które stały się naturalnym uzupełnieniem treści. Proste narzędzia, takie jak kalkulator procentowy czy kalkulator średniej, pokazywały, że użytkownicy chcą nie tylko czytać, ale też aktywnie korzystać ze strony.

Ten etap nauczył mnie, że programowanie i łączenie treści z interaktywnymi rozwiązaniami buduje większą wiarygodność i zaufanie. Kiedy w artykule o finansach mogłem dodać prosty kalkulator inflacji albo w poradniku szkolnym kalkulator średniej , użytkownicy spędzali więcej czasu na stronie, a Google nagradzało to wyższą widocznością.

2020 – 2025: WordPress jako baza dla własnych narzędzi

W ostatnich latach WordPress stał się dla mnie nie tylko systemem do publikowania treści, ale przede wszystkim platformą bazową, na której mogę budować własne rozwiązania. Dzięki programowaniu traktuję go dziś jak fundament, do którego dopisuję własny kod, tworzę funkcjonalności i integracje z zewnętrznymi źródłami danych. To pozwala mi realizować projekty daleko wykraczające poza klasyczne strony internetowe.

Przez ostatnie kilka lat stworzyłem dziesiątki kalkulatorów online, które odpowiadają na realne potrzeby użytkowników: od edukacyjnych i szkolnych, przez finansowe, aż po specjalistyczne związane z codziennymi decyzjami. Każde z tych narzędzi to połączenie treści, danych i interaktywnej logiki, dzięki czemu użytkownik dostaje coś więcej niż zwykły artykuł.

Rozwinąłem też projekty biznesowe oparte na integracjach API:

  • API Lotto – dynamiczne wyniki i statystyki gier liczbowych.
  • API NBP – bieżące kursy walut wykorzystywane w artykułach, kalkulatorach finansowych i porównaniach.
  • API Ceneo – dane produktowe do rankingów i tabel porównawczych w rankingon.pl, co pozwala użytkownikom szybciej podjąć decyzję zakupową.

Takie projekty nauczyły mnie, że użytkownicy naprawdę ufają rozwiązaniom opartym na aktualnych i sprawdzonych danych. Kiedy ktoś korzysta z kalkulatora czy narzędzia opartego na oficjalnych źródłach, czuje, że może polegać na tym, co widzi. Zrozumiałem wtedy, że właśnie to jest praktyczne zastosowanie zasad E-E-A-T i YMYL – treści muszą być wiarygodne, oparte na doświadczeniu i przygotowane w taki sposób, by nie wprowadzały w błąd. Dla mnie to potwierdzenie, że rozwijanie własnych integracji i dbanie o rzetelność treści to kierunek, który buduje zaufanie nie tylko użytkowników, ale i samej wyszukiwarki.

Oczywiście można złościć się na zasady, wyniki wyszukiwania czy algorytmy. Sam nieraz się irytowałem, gdy nie rozumiałem, dlaczego coś działa tak, a nie inaczej. Ale nigdy się nie poddałem – zawsze szukałem odpowiedzi i próbowałem zrozumieć mechanizmy stojące za zmianami. Bo na końcu każdego wyszukiwania nie ma użytkownika w sensie liczby czy identyfikatora. Jest człowiek, który szuka konkretnej informacji i ocenia jej przydatność. To właśnie ten ludzki wymiar – a nie tylko cyfry w statystykach – ma moim zdaniem kluczowe znaczenie.

Nowe SEO w praktyce. Co będzie dalej?

Dziś wiem, że sama treść nie wystarczy. Google coraz mocniej ocenia nie tylko to, co jest napisane, ale też kto stoi za tekstem i czy można mu zaufać. Kiedyś wystarczyło kilka akapitów i linków – teraz potrzebny jest autorytet autora i strony, czyli to, co Google określa jako E-E-A-T. W praktyce oznacza to, że każda publikacja powinna być powiązana z doświadczeniem, wiedzą ekspercką i transparentnością.

Szczególnie istotne jest to w obszarach YMYL – tam, gdzie w grę wchodzą finanse, zdrowie czy edukacja. Tutaj nie ma miejsca na błędy ani ogólniki. Użytkownik oczekuje rzetelnych danych, a Google sprawdza, czy informacje są bezpieczne i wiarygodne. Dlatego dziś nie wyobrażam sobie artykułu bez wskazania źródeł, aktualnych danych czy wyjaśnienia, w jaki sposób powstały konkretne obliczenia.

Zmieniły się też oczekiwania samych odbiorców. Coraz częściej nie wystarcza im sam opis – potrzebują tabel, danych, porównań i interaktywnych narzędzi, które pozwalają zweryfikować informacje i od razu dopasować je do swojej sytuacji. To sprawia, że SEO stało się bardziej wymagające, ale też ciekawsze. Dziś chodzi nie tylko o widoczność w wyszukiwarce, ale o to, by odpowiadać na intencje użytkownika w możliwie najbardziej kompletny sposób.

Dodatkowym wyzwaniem jest rozwój AI i modeli językowych (LLM), które umożliwiły tworzenie treści na masową skalę. Z jednej strony rynek zalała fala artykułów niskiej jakości generowanych automatycznie, z drugiej – samo Google coraz częściej wspiera wyniki wyszukiwania sztuczną inteligencją. To oznacza, że twórcy muszą się dostosować do nowych trendów: wyróżniać się autentycznością, pokazywać swoje doświadczenie i stawiać na jakość. Dla mnie to naturalne potwierdzenie, że E-E-A-T i YMYL nigdy nie były tak ważne jak teraz – to właśnie one odróżniają realne projekty od treści produkowanych taśmowo.

Moje wnioski. Jak to widzę z perspektywy czasu?

Dzisiejsze SEO to coś znacznie więcej niż tworzenie treści. To proces, w którym trzeba brać pod uwagę autorytet autora i strony (E-E-A-T), dbać o bezpieczeństwo i rzetelność informacji w obszarach YMYL, a także umiejętnie korzystać z narzędzi i danych, które pomagają użytkownikowi szybciej znaleźć odpowiedź. Do tego dochodzi rewolucja AI – z jednej strony masowa produkcja niskiej jakości treści, z drugiej rosnąca rola sztucznej inteligencji w samych wynikach wyszukiwania.

Wszystko to wymaga nieustannego dostosowania się do trendów rynkowych i szukania własnej drogi. Bo choć możemy analizować algorytmy i wskaźniki, na końcu każdego wyszukiwania nie stoi anonimowy „użytkownik” oznaczony ID, ale człowiek, który realnie ocenia sens i przydatność treści. To właśnie ten ludzki wymiar jest – i zawsze będzie – kluczowy.

Data aktualizacji: